07-07-2015

Relacja z wyjazdu : 07.07.2015

Trasa: Nowy Tomyśl – Pszczew – Nowy Tomyśl

Poranny wyjazd

Wyjazd rozpoczął się o 5 rano, kiedy upał nie dawał się jeszcze we znaki.

Początkowo lasami aż do Miedzichowa, na szczęście piaski były uciążliwe tylko fragmentami.

Z Miedzichowa do Trzciela podróż odbyłem bardzo fajną ścieżką rowerową.

W Trzcielu rozpocząłem to co miałem w planach już od dawna, czyli stworzenie geościeżki Szlak Zachodniej Wielkopolski, przez najciekawszy odcinek szlaku jaki było mi dane poznać w Wielkopolsce.

Jezioro Konin

Z Trzciela wyruszyłem w Stronę Jabłonki, przy okazji zakładając 4 nowe kesze. Przyjemnie jechało się asfaltem, ale w końcu szlak skręcił na nadjeziorne ścieżki.

Nadjeziorne ścieżki

2 lata wcześniej gdy zwiedzałem ten szlak miałem wrażenie, że ścieżki są bardziej przejezdne. Oznakowania szlaku jest zadowalające.

2 lata wcześniej Gmina Miedzichowo odnowiła oznakowanie, jednak czasami można zwątpić którędy dalej.

W trasie nagrywałem materiał video, więc, wkrótce będzie można się z nim zapoznać.

Odcinek do jeziora Głębokiego jest najtrudniejszym odcinkiem szlaku, częściej prowadziłem rower, niż jechałem, liczne poprzewracane drzewa nie ułatwiały wędrówki. Dopiero od jeziora Głębokiego pojawiła się wyraźniejsza droga.

Ścieżka na szlaku

Warto wspomnieć o owadach, które w tym roku intensywnie latały i na gapę chciały podróżować ze mną, na szczęście nie gryzły, ale dość mocno dawały się we znaki.

Ogólnie przebieg szlaku sprzed dwóch lat bardziej na mnie zrobił wrażenie.

Przy strumieniu łączącym jez. Rybojady z jez. Wędromierz, zrobiłem sobie przerwę obiadową. Niesamowite miejsce strumieniu cieplutka woda i mnóstwo małych rybek, widać że to miejsce służy za dzikie kąpielisko.

Niestety od tego miejsca szlak stał się mniej ciekawy, oddalenie od jezior, i wędrówka przez lasy, nie była zbyt ciekawa.

Szlak powrócił nad wodę, gdy dotarłem do jeziora Chłop. Kolejny odpoczynek zrobiłem przy urokliwej kapliczce na wzgórzu nad jeziorem, posiliłem się i zasadziłem kesza.

Lot na rowerze

Dziwnym trafem przy zjeździe z wzgórza, przednie koło roweru sklinowało się tak, że przefrunąłem nad kierownicą. Na szczęście bez kontuzji, żałowałem tylko, że w tym momencie nie miałem włączonej kamerki na kierownicy, i nie uwieczniłem tego lotu.

W końcu dotarłem do Pszczewa, upał dawał się w znaki, więc czym prędzej  pomknąłem nad jezioro.

Witamy w Pszczewie

Na plaże miejską wstęp płatny, ale wjeżdżając na teren ośrodka Jeziorak, można skorzystać z darmowego kąpieliska.

Woda nad jez. Szarcz nic się nie zmieniła, stojąc po szyję w wodzie, dalej widać swoje paluch u stóp.

Góra wieżowa

Po krótkiej kąpieli trzeba było znów wskoczyć na rower. Odwiedziłem nową dla mnie atrakcję Pszczewa, wzgórze wieżowe, odnowione dzięki unijnym funduszom, bardzo ładny widok roztacza się z tego miejsca.

Postanowiłem odwiedzić półwysep Katarzyna, miejsce w którym znajdował się gród obronny. Oznakowanie do tego miejsca jest koszmarne, wspomagając się GPsem jakoś dotarłem, przy okazji zgubiłem jedną kartę pamięci, a to był dopiero początek kłopotów, ale o tym później.

Na półwyspie miał się znajdować kesz, ale niestety nic takiego nie było, pozostało zrobić reaktywację.

W drodze powrotnej odwiedziłem miejsce w którym znajdowała się granica Polsko-Niemiecka II RP.

Wieża widokowa

Celem trasy była wieża widokowa w Święchocinie.

Wjeżdżając do miejscowości, myślałem, że będą problemy z odnalezieniem punktu widokowego, ale na szczęście wieża górowała nad miejscowością i bez problemu dotarłem do podstawy wieży.

Wieża imponuje wielkością, nie liczyłem pięter, jakie musiałem pokonać ale było ich sporo. Z najwyższego tarasu roztaczał się bardzo ładny widok.

Tutaj przyszedł czas na kolejną przerwę śniadaniową. Oczywiście wieża wzbogaciła się o kesza.

Problemy na okrągło

Po powrocie na dół, okazało się, że rower stoi bez powietrza w tylnym kole, ale to nic, przyszedł czas na wypróbowanie po raz pierwszy zestawu naprawczego w sprayu.

Święchocin – Wieża widokowa

Użycie banalne, jednak okazało się że przy wentylu zrobiła się spora dziura, przez którą klej wydostawał się na zewnątrz. Przeszukanie sakiew, potwierdziło najgorsze zestaw naprawczy był jedynym elementem ratującym mnie w tej sytuacji. Zapasowej dętki nie zabrałem.

Do domu pozostało jakieś 40 kilometrów, więc spacer z rowerem nie wchodził w grę. Pozostał awaryjny telefon do małżonki, co by mnie ściągnęła z trasy.

Żona miała się pojawić najwcześniej za godzinę.

No to rozpocząłem spacer wzdłuż pobocza, w międzyczasie zauważyłem, że powietrze przestało uciekać, dopompowałem dętkę, klej jakoś trzymał wskoczyłem na rower, odwołałem pomoc żony.

Niestety za Łowyniem klej przestał spełniać swoją rolę, i powietrze znów zaczęło uciekać, na ostatnich oparach z opony dotarłem do Lewic. Tutaj po godzinnym oczekiwaniu zgarnęła mnie małżonka. No i ostatni pech tego dnia przy wkładaniu roweru do auta, urwałem przewód od licznika.

Podsumowując, Przejechane kilometry rowerem: 75 km.

Ilość założonych skrzynek Geocache: 30

Ilość zdobytych skrzynek geocache: 2 ( w tym 1 reaktywacja)